Niezachwiana moc bohaterów w Gdańsku
9 grudnia 2008, Washington Post
Anne Applebaum
Był tam Prezydent Komisji Europejskiej; była Shirin Ebadi, irańska aktywistka i były południowoafrykański prezydent Frederik Willem de Klerk, laureaci pokojowej nagrody Nobla. Pokazał się zespół premierów, chętny rozmawiać o pokoju, krachu finansowym a nade wszystko, pakcie o zmianie klimatu; kubańscy dysydenci wysłali nawet list, który został przeczytany ze sceny.
Innymi słowy, wielu ludzi odwiedziło zimny, deszczowy Gdańsk w miniony weekend, chętnych do uczestniczenia w obchodach 25. rocznicy dnia, w którym Lech Wałęsa – działacz Solidarności, antykomunistyczny przywódca związkowy i były prezydent Polski – otrzymał Pokojowa Nagrodę Nobla. A jednak, chociaż prezydenci, premierzy i laureaci Nagrody Nobla byli obecni, chociaż podstawowe negocjacje toczyły się w kuluarach, to trzy imiona wiodły prym w informacjach medialnych: Dalajlama, Prezydent Francji Nicolas Sarkozy i właśnie Lech Wałęsa.
Wałęsa jest największym żyjącym symbolem upadku komunizmu, ucieleśnieniem legendy zwykłego człowieka – elektryka, pracownika stoczni – obalającego dyktatury.
Serwisy informacyjne, tym razem, nie były nadinterpretowane. Pomimo wielu zasłużonych gości, nie było trudno zauważyć, kim były trzy gwiazdy, które każdy przyjechał oglądać. Byłam na miejscu, gdy przemawiał Sarkozy jakby wygłaszał przemówienie w kampanii wyborczej, ogromnie pochlebne dla Polaków w ogóle i dla Wałęsy w szczególności („Demokracja istnieje dzięki tobie i dla ludzi tak jak ty!”). Gdy francuski prezydent wyszedł z pokoju, tłum wstał i wyszedł za nim. W efekcie, następna grupa prelegentów, w tym inny laureat Nagrody Nobla i sławny gospodarczy reformator, przemawiali w opustoszałej sali konferencyjnej, a bardzo naelektryzowana atmosfera nagle mocno zwietrzała.
Częściowo wyjaśnienie tego zjawiska tkwi w kwestiach oraz instytucjach, które owe trzy gwiazdy sobą reprezentują. Pomimo że Wałęsa jest w Polsce postacią raczej kontrowersyjną – dla przykładu lata jego prezydentury nie są raczej wspominane z dużą dozą nostalgii; musiało minąć trochę czasu, nim wygłosił naprawdę poruszające przemówienie. Natomiast poza Polską kwestia jest jednoznaczna: od śmierci papieża Jana Pawła II to on jest, po prostu, największym żyjącym symbolem upadku komunizmu, ucieleśnieniem legendy zwykłego człowieka – elektryka, stoczniowca – obalającego dyktatury. We współczesnym świecie Dalajlama pełni podobną rolę. On również symbolizuje opór wobec chińskiej okupacji i kulturalnego zniszczenia Tybetu i promuje pokojową sprzeciwu wobec autorytaryzmowi i przemocy za pomocą wiary i pacyfizmu.
Ludzie przychodzą słuchać Dalajlamy jak Wałęsy, nie tylko z powodu tego, co powie, ale i z powodu tego, co sobą reprezentuje. Tak samo jest wtedy, gdy ludzie przychodzą wysłuchać Sarkozy'ego – niekoniecznie zainteresowani treścią, ale częściej postacią: prezydenta Francji, przywódcy bez dwóch zdań jednego z najistotniejszych państw w Europie, spadkobiercy długiej tradycji rewolucyjnej demokracji.
Miały też miejsce inne wydarzenia, chyba rzadziej zauważane. Spotkałam północnokoreańskich uchodźców, którzy są przynajmniej tak dzielni jak Dalajlama, byli tam też antykomunistyczni dysydenci co najmniej tak skuteczni jak Wałęsa, lecz kamery telewizyjne nie śledziły ich prawie wcale. Mówiąc uczciwie, byli tam też inni europejski liderzy – przychodzi mi na myśl brytyjski premier Gordon Brown, reprezentujący bogate demokratyczne tradycje, mimo to nie wydaje się, by fotografowie byli nim całkowicie pochłonięci.
Rzecz tkwi w indywidualnej reprezentacji, tych trzech ludzi łączy coś więcej, coś równie ważnego: charyzma, dar rozgłosu i intuicyjne wychwytywanie tego, co pasuje fotoreporterowi na zdjęciach. Sarkozy chciał wspólnego zdjęcia z Dalajlamą częściowo dlatego, by dać wyraz niechęci wobec okupacji Tybetu przez chiński reżim, a częściowo dlatego, ponieważ Dalajlama, z szatami mnicha i szalami modlitewnymi, dodaje prawie mistycznego wymiaru. Dalajlama zaś chciał obrazu z Sarkozym dlatego, że spotkania z jakimikolwiek zagranicznymi przywódcami pomagają mu wywierać naciski na chiński rząd, lecz także dlatego, że zdjęcie z efektownym Sarkozy – noszącym buty na wysokich obcasach, mającym za małżonkę samą Carlę Bruni- jest warte więcej niż by się mogło wydawać.
Każdy z nich chciał wreszcie spotkać Wałęsę, ponieważ wspólna fotografia z Wałęsa jest warta więcej niż zdjęcie z większością laureatów Nagrody Nobla. Dlaczego? Ponieważ Wałęsa jest elektrykiem, ponieważ nosi wąsy, które są jego znakiem rozpoznawczym, ponieważ jest kojarzony z dosadnymi powiedzeniami i hybrydowym metaforami. I kiedy opuszcza on pokój –tak samo, jak gdy opuszcza go Dalajlama albo, gdy wychodzi Sarkozy – z atmosferze uchodzi coś niedającego się określić, coś wietrzeje. „Autorytet Moralny”, albo jakikolwiek inny autorytet, jest czymś, co ludzie zdobywają w dzięki osiągnięciom i wartości idei, jednakże czasami jest tak, że aby ów autorytet podtrzymać, należy promować siebie tak dobrze, jak tylko się da.
Artykuł opublikowany w Washington Post, autorka jest żoną Radka Sikorskiego, Ministra Spraw Zagranicznych RP, autorka książek „Między Wschodem a Zachodem” oraz „Gułag”.
Tłum. S.B.
źródło: www.tibet.net